Kanion Colca. El cañon Colca. Colca Canyon
W tym cudownie odnalezionym dniu rozdzielamy się na dwie grupy. Jola, Paweł,
Maciek i Janusz pojechali ponownie na Cruz del Condor, przywieźli
fantastyczne zdjęcia.
Oddajmy im głos :
Wyjechaliśmy świtem, kolo szóstej rano. Przewodniki wspominają, ze w Cruz del Condor trzeba już się ustawić przed ósma rano. Miedzy ósma a dziewiąta, kondory, które maja swoje gniazda w kanionie, wylatują na łowy. Startując, korzystają z ciepłych prądów powietrznych i wzbijają się w powietrze dokładnie na wysokości punktu obserwacyjnego. Wtedy ponoć można zrobić najlepsze zdjęcia, całkiem z bliska.
Nasza czwórka, uzbrojona w aparaty i teleobiektywy, czyha już na ptaszydła od ósmej rano. Słońce dawno wstało. Widoki przepiękne na góry, chmury, wodospady i rzekę w dole. Popstrykaliśmy tu i owdzie i czekamy.
Na razie ani śladu kondorów. Natomiast - spore ilości innego ptactwa, na których można potrenować. No, możne oprócz złośliwej bandy seledynowych, malutkich ptaszków, które latają tak szybko, ze nikomu nie udaje się zrobić porządnego zdjęcia. Jest natomiast kumpel Janusza : czarny ptaszek wydający odgłos sprężyny. Pozuje wręcz tuz obok nas. Jaszczurki. Królik z długim ogonem. Inni turyści zaczynają się zjeżdżać kolo dziewiątej. Nadal nic. Kondory zaspały albo w ogóle zegarków nie maja. Skandal! Rozważamy, czy by nie dać za wygrana. Paweł, z braku kondorów, fotografuje turystki. Tak to przynajmniej tłumaczy.
Wtem - tuz kolo nas, na wyciągniecie reki - leci pierwszy! Jesteśmy tak zaskoczeni, ze nikt nie zdążył wycelować. Rzeczywiście podleciał od dołu, znienacka i prawie go nie było widać na tle ciemnej roślinności. Na szczęście, kondory maja najprawdopodobniej bardzo precyzyjnie zredagowany kontrakt z zarządem rezerwatu : podlecieć od dołu dla efektu zaskoczenia, ale następnie wykonać przynajmniej cztery przeloty blisko punktu widokowego, tak aby nawet największy gamon przynajmniej parę zdjęć miał czas zrobić.
Zarty żartami. Ptaszydła są magiczne. Przelatują bardzo blisko i przyglądają się turystom.
Mozna gołym okiem rozpoznać samce, po narośli na nosie. Samice - bez.
Majestatyczne, spokojne. Jakby naprawdę latały dla nas. Odlatują. Jak zaczarowani, postanawiamy czekać na następny spektakl.
Fotograf wstrzymuje oddech kiedy naciska migawkę. Gdy "strzela seria", zatrzymuje oddech na dłużej. Na tej wysokości (3500m), nie jest to sprawa banalna. Po jednej serii zdjęć naprawdę ciężko jest złapać normalny oddech. Ale dla tych zdjęć warto się zasapać. Czekamy. Długo. Kondory maja zmysł widowiska. Daja na siebie czekać, wypatrywać. Maciek z Januszem idą na spacer na pobliskie wzgórze. I właśnie wtedy - leci! W wizjerze okazuje sie, ze to nie kondor tylko inny drapieżnik. Na sokola za duży. Pewnie orzeł. Tez zatacza kilka kregow, pozuje nam bardzo pieknie. Czekamy nadal. Wszyscy wypatrują. Znowu już chcemy iść, ale Maciek oponuje - jeszcze piętnaście minut. I jeszcze pięć minut. No, "o wpół do jedenastej sie zbieramy". Za dwadzieścia jedenasta czekamy nadal. Nikt, tak naprawdę, nie ma ochoty wracać. Nasza cierpliwość znów jest wynagrodzona. Sa. Wspaniale, niewiarygodne.
I potem jeszcze raz. Zostalibyśmy to cały dzień, ale przecież program mamy napięty.
Szybki obiad w Cabanaconde i wracamy ta sama trasa wzdłuż rzeki Colca. Na masce montujemy GoPro. Filmik z tego przejazdu jest dostępny w poście "Wspomnienia".
Oddajmy im głos :
Wyjechaliśmy świtem, kolo szóstej rano. Przewodniki wspominają, ze w Cruz del Condor trzeba już się ustawić przed ósma rano. Miedzy ósma a dziewiąta, kondory, które maja swoje gniazda w kanionie, wylatują na łowy. Startując, korzystają z ciepłych prądów powietrznych i wzbijają się w powietrze dokładnie na wysokości punktu obserwacyjnego. Wtedy ponoć można zrobić najlepsze zdjęcia, całkiem z bliska.
Nasza czwórka, uzbrojona w aparaty i teleobiektywy, czyha już na ptaszydła od ósmej rano. Słońce dawno wstało. Widoki przepiękne na góry, chmury, wodospady i rzekę w dole. Popstrykaliśmy tu i owdzie i czekamy.
Na razie ani śladu kondorów. Natomiast - spore ilości innego ptactwa, na których można potrenować. No, możne oprócz złośliwej bandy seledynowych, malutkich ptaszków, które latają tak szybko, ze nikomu nie udaje się zrobić porządnego zdjęcia. Jest natomiast kumpel Janusza : czarny ptaszek wydający odgłos sprężyny. Pozuje wręcz tuz obok nas. Jaszczurki. Królik z długim ogonem. Inni turyści zaczynają się zjeżdżać kolo dziewiątej. Nadal nic. Kondory zaspały albo w ogóle zegarków nie maja. Skandal! Rozważamy, czy by nie dać za wygrana. Paweł, z braku kondorów, fotografuje turystki. Tak to przynajmniej tłumaczy.
Wtem - tuz kolo nas, na wyciągniecie reki - leci pierwszy! Jesteśmy tak zaskoczeni, ze nikt nie zdążył wycelować. Rzeczywiście podleciał od dołu, znienacka i prawie go nie było widać na tle ciemnej roślinności. Na szczęście, kondory maja najprawdopodobniej bardzo precyzyjnie zredagowany kontrakt z zarządem rezerwatu : podlecieć od dołu dla efektu zaskoczenia, ale następnie wykonać przynajmniej cztery przeloty blisko punktu widokowego, tak aby nawet największy gamon przynajmniej parę zdjęć miał czas zrobić.
Zarty żartami. Ptaszydła są magiczne. Przelatują bardzo blisko i przyglądają się turystom.
Mozna gołym okiem rozpoznać samce, po narośli na nosie. Samice - bez.
Majestatyczne, spokojne. Jakby naprawdę latały dla nas. Odlatują. Jak zaczarowani, postanawiamy czekać na następny spektakl.
Fotograf wstrzymuje oddech kiedy naciska migawkę. Gdy "strzela seria", zatrzymuje oddech na dłużej. Na tej wysokości (3500m), nie jest to sprawa banalna. Po jednej serii zdjęć naprawdę ciężko jest złapać normalny oddech. Ale dla tych zdjęć warto się zasapać. Czekamy. Długo. Kondory maja zmysł widowiska. Daja na siebie czekać, wypatrywać. Maciek z Januszem idą na spacer na pobliskie wzgórze. I właśnie wtedy - leci! W wizjerze okazuje sie, ze to nie kondor tylko inny drapieżnik. Na sokola za duży. Pewnie orzeł. Tez zatacza kilka kregow, pozuje nam bardzo pieknie. Czekamy nadal. Wszyscy wypatrują. Znowu już chcemy iść, ale Maciek oponuje - jeszcze piętnaście minut. I jeszcze pięć minut. No, "o wpół do jedenastej sie zbieramy". Za dwadzieścia jedenasta czekamy nadal. Nikt, tak naprawdę, nie ma ochoty wracać. Nasza cierpliwość znów jest wynagrodzona. Sa. Wspaniale, niewiarygodne.
I potem jeszcze raz. Zostalibyśmy to cały dzień, ale przecież program mamy napięty.
Szybki obiad w Cabanaconde i wracamy ta sama trasa wzdłuż rzeki Colca. Na masce montujemy GoPro. Filmik z tego przejazdu jest dostępny w poście "Wspomnienia".
W tym samym czasie Agnieszka, Gerard, Piotrek, Julia i Bogdan pojechali do
ciepłych basenów, ciepła woda płynie z głębi Ziemi (w okolicy są czynne wulkany). Gerard, Piotrek i Bogdan zapomnieli, że są na dużej wysokości, że słońce operuje
mocno i spalili się tak, że pod wieczór wyglądali na śmiertelnie chorych.
Piotrek silą woli i godnością osobista zwalczył słabość, żeby nie stracić kolacji.
Piotrek silą woli i godnością osobista zwalczył słabość, żeby nie stracić kolacji.
Po południu, w dwóch turach, według pomysłu Piotrka zdecydowaliśmy się na rafting na rzece Colca. Przeżycie niezwykle. Na koniec
wszyscy mieli mokre portki. Rafting naturalnie "dla turystów", na w miarę spokojnym odcinku rzeki jeszcze przed kanionem. Ale dumni jesteśmy bardzo. Byliśmy tu, i mogliśmy popłynąć śladami "naszych" z Bystrza.
Po raftingu następny seans w ciepłym basenie. Temperatura jak w wannie. Przyjemność!
Chivay, miasteczko bardzo sympatyczne, żyje własnym życiem. Turystom nikt się nie przygląda. Turystów zresztą o tej porze roku mało. Na placu targowym do późnego wieczora w
tradycyjnych strojach handlują jedzą, dzieci bawią się na deptaku miejskim. Wszędzie spotyka nas życzliwość.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nous avons miraculeusement gagné une journée entière, donc nous pouvons nous permettre de rester sur place. Nous nous séparons en deux sous-groupes. Jola, Paul, Janusz et Maciek retournent dans le canyon Colca. Ils partent à six heures du matin. Les guides touristiques indiquent qu'il faut être avant huit heures au Cruz del Condor pour pouvoir admirer les oiseaux prendre leur envol. Ils utilisent les courants d'air ascendants pour quitter le canyon et aller chasser. C'est là, au mirador du Cruz del Condor qu'on peut faire les meilleures photos.
A huit heures, nous sommes sur place. Personne. Pas de condors non plus. Le soleil illumine les parois sombres du canyon. Quelques prises de vue et l'attente commence. Nous nous entrainons sur d'autres animaux : un lézard, un lapin à longue queue (chinchilla?) et toutes sortes d'oiseaux. Un oiseau noir faisant un bruit bizarre, presque métalique, discute avec Janusz. De minuscules oiseaux vert fluo volent "en bandes organisées" ici et là sans raison apparente. Ils scintillent au soleil mais sont beaucoup trop rapides pour qu'on puisse les prendre en photo. Les touristes commencent à affluer par petits groupes. Il est déjà neuf heures et demie et pas un seul condor. Panne de reveil ? Pendant un instant, nous voulons partir. Et là, d'un seul coup, il est là, juste à côté de nous! On a à peine le temps de "dégainer". Fort heureusement, les condors doivent avoir un contrat très précis avec l'administration du parc naturel : au moins quatre passages à proximité du mirador. Même le plus maladroit des touristes doit avoir un temps suffisant pour prendre une photo.
Le spectacle est grandiose: l'oiseau passe très lentement au dessus de nous, on voit qu'il nous observe. Nous distinguons très clairement la crète sur sa tête. C'est donc un male. Puis une femelle le rejoint. Les oiseaux tournent au dessus de nous, puis s'éloignent.
L'instant est tellement magique, que nous attendons un autre spectacle. Mais les condors se font attendre. Un autre rapace, un aigle probablement, tourne autour du mirador. Nous le "mitraillons" également.
Photographier à 3500m d'altitude n'est pas une mince affaire. Le reflexe de retenir sa respiration nous joue des tours. Après une série de photos, il est très difficile de retrouver un rythme de respiration normal.
Au bout d'une demie heure, nous voulons partir. Maciek insiste : encore une demie heure. Nous attendons... trois quart d'heures et, juste au moment ou nous commençons à ramasser nos affaires, ils arrivent à nouveau. Des moments inoubliables. Ces grands charognards planent au ralenti juste au dessus de nous. En arrière plan, les parois du canyon.
On pourrait rester des heures à les admirer.
Nous apprenons par téléphone que Pedro a organisé un rafting pour l'après-midi. Il faut donc rentrer.
Après un déjeuner rapide à Cabanaconde, nous installons la GoPro sur le capot de la voiture et nous reprenons la route de Chivay, le long de la rivière Colca. Un petit film est disponible dans le post "Souvenirs".
Pendant ce temps là, Agnieszka, Julia, Bogdan, Pedro et Gérard, sont allés aux bains chauds. L'eau chaude jaillit d'une source volcanique et alimente quatre piscines de 38° à 45°. Très agréable la baignade en plein air, mais le soleil, même voilé, est redoutable à 3700m d'altitude. Les filles se sont bien protégées avec des crèmes, mais les garçons ont eu de sérieux coups de soleil. Ce soir le tube de "Biafine" a bien servi... Le paracétamol aussi.
Ensuite, le rafting en deux sous-groupes. Le rêve. Nous descendons la Colca sur les traces des "nôtres" de "Bystrze", le club de canoë-kayak de l'Académie des Mines de Cracovie, il y a plus de trente ans. Ils ont été les premiers au monde à le faire. Bien entendu nous, nous sommes partis après le canyon et la rivière est ici beaucoup plus calme. Néanmoins... c'est Colca. Même si notre trajet était complètement touristique et pas du tout dangereux, nous étions très fiers. Et mouillés, car nos guides savent diriger les pontons de manière à asperger tout le monde juste avant l'arrivée.
Après le rafting, une deuxième séance à la piscine. Le plaisir à l'état pur. En plus, Pedro nous a dégotté de la bière bien fraîche. Nous l'avons dégustée sans sortir de la piscine, dans l'eau chaude jusqu'au cou.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nous avons miraculeusement gagné une journée entière, donc nous pouvons nous permettre de rester sur place. Nous nous séparons en deux sous-groupes. Jola, Paul, Janusz et Maciek retournent dans le canyon Colca. Ils partent à six heures du matin. Les guides touristiques indiquent qu'il faut être avant huit heures au Cruz del Condor pour pouvoir admirer les oiseaux prendre leur envol. Ils utilisent les courants d'air ascendants pour quitter le canyon et aller chasser. C'est là, au mirador du Cruz del Condor qu'on peut faire les meilleures photos.
A huit heures, nous sommes sur place. Personne. Pas de condors non plus. Le soleil illumine les parois sombres du canyon. Quelques prises de vue et l'attente commence. Nous nous entrainons sur d'autres animaux : un lézard, un lapin à longue queue (chinchilla?) et toutes sortes d'oiseaux. Un oiseau noir faisant un bruit bizarre, presque métalique, discute avec Janusz. De minuscules oiseaux vert fluo volent "en bandes organisées" ici et là sans raison apparente. Ils scintillent au soleil mais sont beaucoup trop rapides pour qu'on puisse les prendre en photo. Les touristes commencent à affluer par petits groupes. Il est déjà neuf heures et demie et pas un seul condor. Panne de reveil ? Pendant un instant, nous voulons partir. Et là, d'un seul coup, il est là, juste à côté de nous! On a à peine le temps de "dégainer". Fort heureusement, les condors doivent avoir un contrat très précis avec l'administration du parc naturel : au moins quatre passages à proximité du mirador. Même le plus maladroit des touristes doit avoir un temps suffisant pour prendre une photo.
Le spectacle est grandiose: l'oiseau passe très lentement au dessus de nous, on voit qu'il nous observe. Nous distinguons très clairement la crète sur sa tête. C'est donc un male. Puis une femelle le rejoint. Les oiseaux tournent au dessus de nous, puis s'éloignent.
L'instant est tellement magique, que nous attendons un autre spectacle. Mais les condors se font attendre. Un autre rapace, un aigle probablement, tourne autour du mirador. Nous le "mitraillons" également.
Photographier à 3500m d'altitude n'est pas une mince affaire. Le reflexe de retenir sa respiration nous joue des tours. Après une série de photos, il est très difficile de retrouver un rythme de respiration normal.
Au bout d'une demie heure, nous voulons partir. Maciek insiste : encore une demie heure. Nous attendons... trois quart d'heures et, juste au moment ou nous commençons à ramasser nos affaires, ils arrivent à nouveau. Des moments inoubliables. Ces grands charognards planent au ralenti juste au dessus de nous. En arrière plan, les parois du canyon.
On pourrait rester des heures à les admirer.
Nous apprenons par téléphone que Pedro a organisé un rafting pour l'après-midi. Il faut donc rentrer.
Après un déjeuner rapide à Cabanaconde, nous installons la GoPro sur le capot de la voiture et nous reprenons la route de Chivay, le long de la rivière Colca. Un petit film est disponible dans le post "Souvenirs".
Pendant ce temps là, Agnieszka, Julia, Bogdan, Pedro et Gérard, sont allés aux bains chauds. L'eau chaude jaillit d'une source volcanique et alimente quatre piscines de 38° à 45°. Très agréable la baignade en plein air, mais le soleil, même voilé, est redoutable à 3700m d'altitude. Les filles se sont bien protégées avec des crèmes, mais les garçons ont eu de sérieux coups de soleil. Ce soir le tube de "Biafine" a bien servi... Le paracétamol aussi.
Ensuite, le rafting en deux sous-groupes. Le rêve. Nous descendons la Colca sur les traces des "nôtres" de "Bystrze", le club de canoë-kayak de l'Académie des Mines de Cracovie, il y a plus de trente ans. Ils ont été les premiers au monde à le faire. Bien entendu nous, nous sommes partis après le canyon et la rivière est ici beaucoup plus calme. Néanmoins... c'est Colca. Même si notre trajet était complètement touristique et pas du tout dangereux, nous étions très fiers. Et mouillés, car nos guides savent diriger les pontons de manière à asperger tout le monde juste avant l'arrivée.
Après le rafting, une deuxième séance à la piscine. Le plaisir à l'état pur. En plus, Pedro nous a dégotté de la bière bien fraîche. Nous l'avons dégustée sans sortir de la piscine, dans l'eau chaude jusqu'au cou.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
We are
splitting into two groups. Jola, Pawel
Maciek and Janusz went again to Cruz del Condor, returned with fantastic
pictures.
Agnieszka,
Gerard, Piotrek, Julia, and Bogdan went to hot spring pools. Gerard, Piotrek, and Bogdan forgot about the
altitude and a need of sunblock. In the
evening they paid dearly shivering with feaver.
In the
afternoon we braved wild water rafting.
Great experience. We were all wet
but with wide smiles of satisfaction.
The day was caped with another dip in hot pools
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
.
Divididos en dos grupos. Jola, Paul, Maciek y Janusz volvieron a la Cruz del Cóndor para traer unas fotos fantásticas.
Agnes, Gerard, Pedro, Julia y Bob fueron a las piscinas de agua caliente, el agua caliente fluye desde las profundidades de la Tierra (en la zona de los volcanes activos). Gerard, Pedro y Bogdan se han olvidado de que están en una gran altitud y el sol y quema. Por la noche parecia que tienen una enfermedad terminal. Pedro ha tenido un poco de fuerza de voluntad para ir a cenar.
Por la tarde, en dos grupos, de acuerdo con la idea de Pedro hicimos rafting por el rio colca que a todos nos dejo pantalones mojados.
Chivay, una ciudad pequeña y bonita con pocos turistas en esta epoca del año, hasta la ultima hora de la tarde vive en su mercado al lado de plaza de Armas. Gente con su vestimenta tradicional niños jugando en la calle , Se respira la tranquilidad y amabilidad.
Pierwsza zmiana w cieplym basenie / Première équipe à la piscine/
Primer equipo en las aguas termales
Primer equipo en las aguas termales
Por el camino hacia el mirador "El cruz del condor"
On our way to Cruz del Condor.
Ptaszki z kanionu / Oiseaux du canyon / Pajaritos del cañon/
Birds of the canyon
Popołudniowy rafting / Rafting d'après-midi / El rafting vespertino/
Afternoon rafting.
Zasłużony relaks w ciepłym basenie / Détente méritée dans le bain chaud
Merecido descanso en una piscina de aguas termales/ Well deserved rest in
hot springs pools.







Piękna wyprawa, piękne widoki i zdjęcia. Agnieszko, spóźnione ale serdeczne życzenia imieninowe.
ReplyDeleteVeo que sabeis pasarlo pero que muy muy bien!! Dais envidia!! :-)
ReplyDeleteSilvia
Madrid (España)