Monday, February 4, 2013

PUNO : LA CANDELARIA 03/02/2013 Niedziela/Dimanche/Sunday/Domingo


Puno:  program indywidualny. Każdy robi, co chce. Jola, Paweł, Maciek i Agnieszka -– śniadanie o 6.15 I po bilety na pokazy tańców folklorystycznych na stadionie miejskim. 

Siedzieli tam prawie do 12.00. Na stadion publiczność ciągnie  całymi rodzinami, wyposażona tak, jak bywają opisywane wyjścia do starożytnego teatru greckiego. Idzie się z wałówką, z pledami, z poduszkami pod siedzenie. Pokazy rozpoczynają się przed 7.00. W programie 85 grup biorących odział w konkursie tańców.

Wrażenie podstawowe: występują wielkie grupy, choreografia obejmuje cały, pełnowymiarowy stadion. Wśród tancerzy są ludzie bardzo starzy, starzy, młodzi i dzieci. Niektóre ledwie od ziemi odrosły, ledwie przebierają nogami, ale ojciec lub matka ciągnie dziecko za rękę albo puszcza solo. Muzyka dość jednostajna, bardzo rytmiczna. Stroje niezwykle, baśniowo kolorowe. Nakrycia głowy fantazyjne w stopniu niewyobrażalnym. Kolory żywe, jaskrawe, ale też dużo czarnego i brązu. Są tańce z flagami, biczami -– wielka rozmaitość. 

Publiczność reaguje spontanicznie. Entuzjazm wywołał na przykład taniec, w którym reprezentowane były wigonie. Reakcje jak na przedstawieniach farsowych. Jeden przewraca drugiego, publiczność się śmieje i klaszcze.

Znaczenia tańców, symboliki strojów i rekwizytów w  większości nie rozumieliśmy, ale publiczności wszystko było dobrze znane.

Kolosalna dawka folkloru. Folklor na murawie i folklor na widowni. Nie wiadomo który bardziej interesujący dla postronnych widzów. Od rana przekupnie oferują jedzenie -– najpierw sandwiche, potem zupę w głębokich talerzach porcelanowych napełnionych po brzegi, drugie danie, deser, watę cukrową, napoje (na stadionie bezalkoholowe, za to poza stadionem…). Najgorzej, gdy podają w górne rzędy talerze z zupą --  może kapnąć.

Paweł wynegocjował miejsce dla fotografa tuż przy barierce, jak dziennikarze. Pozostali siedzieli wysoko, ale pod daszkiem. Rano było zimno, padał deszcz. Przed stadionem roiło się od przekupniów sprzedających plastikowe peleryny I parasole. Gdy tylko przestało padać, z miejsca zaczęli oferować okulary słoneczne.

Pokazy tańców folklorystycznych nie wydają się wcale obliczone dla turystów. To raczej upojna rozrywka mieszkańców region. W każdym razie turystów mało.

Piotrek i Janusz w ramach programu indywidualnego zrobili sobie wycieczkę na pobliska górę. Mieli stamtąd piękny widok na miast I jezioro.

Julia i Bogdan oglądali paradę tancerzy na Placu Broni (każda grupa po zakończeniu występu na stadionie ruszała tańczyć w mieście). 

Gerard chodził nie wiadomo gdzie I podglądał prawdziwe życie Peruwiańczyków.

W trochę w zmniejszonym składzie zjedliśmy obiadek w knajpie  Gorgio. Dobre jedzenie!

Po obiedzie: Jola i Paweł -– sjesta w hotelu (podczas której już przygotowywali zdjęcia do blogu); Janusz i Piotrek, Maciek I Agnieszka -– włóczęga po mieście i oglądanie parady po drodze (parada trwała do późnej nocy (nie mamy nawet pojęcia, o której się skończyła). Tancerze jak w transie. 

Poza tym wszędzie garkuchnie, wszędzie jedzą. Zapachy, zapachy, zapachy! W restauracjach prawie pusto. 

Piwo lalo się strumieniami. Po takiej paradzie można by oczekiwać, że miasto zasypią śmieci, ale to się nie sprawdza. Każdy papierek, każda puszka sprzątane są na bieżąco. Niezliczona armia sprzątaczek i sprzątaczy (w maskach na twarzy i rękawiczkach) stapia się z barwnym korowodem. Jest po prostu niewiarygodnie czysto. 
Niektórzy jednak sikają pod murami, ustawiając się nawet w rzędach. Może tylko przy święcie.

To już prawie koniec naszej wyprawy, jutro zaczynamy wracać. Najpierw do Nasca, a dalej do Limy.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------ 


Puno : journée "à la carte". Chacun fait ce qu'il veut. Jola, Paul, Maciek et Agnieszka : rendez-vous à 6h15 pour le petit déjeuner, puis départ pour le stade municipal et assister au concours de danses folkloriques. Ils y sont restés jusqu'à midi. Le public y était presque exclusivement autochtone, les familles au complet, avec enfants et grands parents, équipées pour cette occasion : des sacs avec encas et boissons, des coussins pour ne pas avoir mal aux fesses, des couvertures pour se protéger contre le froid matinal. Une vraie fête populaire. Comme ce qu'on peut imaginer du théâtre antique. 
Les danses commencent à 7h00. Au programme, il y a 85 ensembles.
L'impression d'une fête globale. Les chorégraphies occupent toute la surface du stade. Le déroulement orchestré comme du papier à musique. Le maître de cérémonie annonce un ensemble, chaque programme ne dure que quelques minutes. Avant la fin d'un programme, le groupe suivant se met déjà en position pour entrer sur la pelouse. Pas de temps mort. 
Parmi les danseurs, il y a beaucoup de personnes âgées et même très âgées. Il y a également des jeunes et même des enfants qui savent à peine marcher. La musique est un peu monotone, mais très rythmique. Les chorégraphies plus ou moins travaillées, parfois très bien organisées, parfois on a l'impression que chaque danseur fait ce qu'il veut. Parfois c'est carrément chaotique. Cependant, les costumes impressionnent. Une féerie de couleurs, des chapeaux inimaginables. Toutes les couleurs de l'arc-en-ciel, beaucoup de noir, de marrons également. Chaque groupe utilise une multitude d'attributs : drapeaux, sacoches, fouets, déguisements, ustensiles de cuisine, ou même animaux empaillés, tout sert à amuser le public. 
Et le public s'amuse beaucoup. Apparemment, tout le monde connaît la symbolique des danses. La danse des vigognes par exemple a beaucoup de succès. Les danseurs déguisés en vigognes courent en renversant les autres danseurs, ce qui provoque des éclats de rire et les applaudissements des spectateurs.
Une véritable fête populaire 100% naturelle. Très peu de touristes sur les tribunes. 
L'overdose de folklore. Folklore sur la pelouse et folklore dans les gradins, on ne sait plus ce qu'il vaut mieux observer. 
Dès 7h du matin, les marchands ambulants servent dans les gradins des sandwichs, boissons, mais surtout des plats cuisinés. D'énormes assiettes pleines de soupe chaude, avec de la viande et des patates. Ces assiettes, pleines à raz-le-bord, voyagent au dessus de nos têtes, passent de main en main, pour arriver à ceux qui les ont achetées. Ensuite, par le même chemin mais dans l'autre sens, voyagent quelques pièces de monnaie.
Nous sommes immergés dans ce spectacle vivant. Inoubliable. Passionnant. Aucun de nous ne parle espagnol correctement, mais nous entendons quand même que ce n'est pas dans cette langue que les spectateurs communiquent. Probablement du quechua.
Paul a réussi à négocier une accréditation, juste devant la grille, en vrai photographe. Une télévision locale voulait même l'interviewer. Les autres ont pris des places dans les gradins. Un peu froid, le matin. Même quelques gouttes de pluie. Ensuite soleil.
A midi, il est temps de quitter le stade et voir ce que font les autres.
Pedro et Janusz ont escaladé (encore!) la montage du Condor. Une vue superbe sur Puno.
Bogdan et Julia ont passé une bonne partie de la journée sur la Place des Armes à regarder les danseurs. Après le passage dans le stade, chaque groupe faisait un tour de la ville en dansant.
Gérard est passé on ne sait où à regarder la vrai vie des Péruviens.

Déjeuner chez Giorgio : une très bonne adresse à Puno.

Après-midi en ville : nous observons les cortèges dans lesquels les passants se mélangent avec les danseurs costumés. Tout Puno, comme entré en transe. 

Partout des restaurants improvisés : dans la rue, une simple plaque, et on grille de la viande, des patates. Une explosions des saveurs. 
La bière coule à flot. Pendant ce type de fête, on pourrait supposer des tonnes de déchets éparpillés partout. Il n'en est rien. Une armée d'hommes et de femmes de ménage, en uniformes, se mélange au cortège et nettoie les rues en temps réel. On ne voit pas un papier trainer, pas une seule canette par terre. Après le passage de la foule, les rues restent incroyablement propres.      
 
Nous rentrons à l'hôtel, au pas de danse. La foule va danser encore toute la nuit. Nous réalisons d'un coup que notre expédition touche à sa fin. Demain, nous retournons à Nasca.

 ------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Puno: Programa Individual. Todo el mundo hace lo que quiere. Jola, Paul, Maciek y Agnieszka desayunan a las 6:15 y van a por los boletos para los bailes folclóricos en el estadio de la ciudad.

Estuvieron allí casi hasta las 12.00. Al estadio llegan familias enteras equipadas con almohadas para sentarse, mantas, parasoles, comida, etc. La actuación comienza a las 7:00. En el programa hay 85 grupos participantes.

Impresión básica: hay grupos grandes, la coreografía invade todo el estadio. Entre los bailarines hay desde personas muy mayores hasta niños. Algunos apenas se han despegado del suelo y les cuesta mover los pies pero intentan seguir el ritmo con la ayuda de sus padres. Música algo monótona y muy rítmica  Trajes inusuales con colores sacados de los cuentos de hadas. Sombreros extravagantes, en un grado inimaginable. Colores vivos y brillantes, pero también un montón de negros y marrones. Todos bailan con accesorios como banderas, látigos, cintas, etc.

El público reacciona de forma espontánea. El baile que representaba las vicuñas originó un especial entusiasmo por su acento grotesco. El público se ríe y aplaude.

Nosotros no entendemos el simbolismo de las danzas, trajes y accesorios pero para el público del lugar parecía todo conocido.

Colosal dosis de folclore tanto en el escenario como en el público. No sé que es más interesante para los espectadores forasteros. A partir de las primeras horas de la mañana los vendedores ofrecen comida - sándwiches   sopa en platos de porcelana llenos hasta el borde, plato principal, postre, algodón de azúcar, bebidas (las alcohólicas, prohibidas dentro del estadio). 

Paul negoció un lugar para los fotógrafos y periodistas junto a la barandilla. Los otros se sentaron debajo del tejado. Por la mañana hacía frío, estaba lloviendo. Las afueras del estadio están llenas de vendedores ambulantes ofreciendo impermeables de plástico y sombrillas. Tan pronto como dejó de llover, comenzaron a ofrecer gafas de sol.

Bailes folclóricos no parecen ser destinados a los turistas, que eran muy pocos. Es mas entretenido para la gente de la región.

Pedro y Janusz subieron a un mirador en un monte cercano donde tenían una hermosa vista a la ciudad y al lago Titicaca.

Julia y Bogdan vieron el desfile de bailarines en la Plaza de Armas (cada grupo al final de  su presentación se trasladaba a bailar por las calles de la ciudad).

Gerard fue quien sabe sabe donde, a observar la vida de los peruanos.

El resto, comimos en el local Giorgio. Buena comida!

Después de la comida: Jola y Paul - siesta en el hotel  y Pedro, Janusz, Maciek y Agnieszka - paseando por la ciudad a ver el desfile a lo largo del camino (el desfile duró hasta altas horas de la noche (no teníamos ni  idea de cuando terminaba). Los bailarines parecían en trance.

Por toda la ciudad hay puestos callejeros de comida. Los olores nos perseguían  Los restaurantes casi vacíos.

La cerveza fluía abundantemente. Después del desfile, se esperaría que la ciudad se inundaría de basura pero no fue así. Un innumerable ejercito de limpiadores (con mascarillas y guantes) recogían hasta el último trozo de papel. Todo quedo increíblemente limpio. Sin embargo algunos orinan en las paredes (tal vez solo en la fiesta).

Es casi el final de nuestro viaje, empezamos de nuevo mañana. Primero a Nasca y luego a Lima.


Wcale się nie wyróżniamy w kolejce do stadionu...
On ne se fait pas remarquer... du tout...
No destacamos, en absoluto, en la entrada al estadio....













Tance / Danses/ danzas




























Jedna mała od rana buczała... / Une chouineuse sur le stade


















Buczała nadal podczas ulicznej czesci spektaklu /
L'après-midi, dans la rue, elle chouinait toujours... la pauvre...




















Cos musi znaczyć ta kumulacja atrybutów na plecach...
Ca doit forcément symboliser quelque chose...



Cień w południe / L'ombre à midi/ Sombra al mediodía
























Puno z lotu... kondora ;))
Puno desde el mirador del Condor ;))
















Bardzo popularne jest tu "pisanie po górach"
C'est très à la mode ici : écrire sur une montagne...



No comments:

Post a Comment