Dziś Matki Boskiej Gromnicznej. W Puno zaczyna się Fiesta de la Candelaria z
Diaboladą (02-–15 lutego). Rożnica wysokości powoduje, że poruszamy się raczej powoli,
czasem brak oddechu, niektórzy bardzo źle spali.
Z dżungli prawdziwej popadliśmy w straszną dżunglę miejską. Hałas niemożliwy, klaksony samochodów, korki, uliczki wąskie, samochód na samochodzie. Śmierdzi benzyną. W prawdziwej dżungli nigdy nie doświadcza się ciszy. Słychać jazgot rozmaitych ptaków, cykady koncertują bezprzestannie, brzęczą owady, ale glosy natury nie przeszkadzają. Halas dżungli miejskiej zwala z nóg. Czyżby trzy dni wystarczyło, żeby się odzwyczaić się od cywilizacji?
Pogoda znów piękna. Słońce wali bez miłosierdzia. Już drugi raz przepraszaliśmy się z ciepłymi rzeczami, a tu znowu trzeba wracać do lata. Na takiej wysokości to oznacza mocne uderzenie.
Idziemy sprawdzić możliwości zakupu biletów na pokazy taneczne w ramach Candelarii. Okazuje się, że sprzedaż biletów dopiero jutro, w kolejce trzeba podobno stanąć już o 4.00 rano. Wpuszczają na stadion, gdzie mają odbywać się pokazy, od godziny 7.00 dopiero. Wcześniej biletów nie sprzedają, by nie otwierać pola dla działalności “koników”. W Polsce czasów poprzedniego ustroju instytucja koników była dobrze znana -– to byli ci, którzy wcześniej wykupywali masowo bilety na jakieś imprezy i potem odsprzedawali tym, dla których biletów w kasie brakło.
Jesteśmy na Placu Broni. Jak w każdym większym mieście, jest tu katedra, przed nią odbywa się Msza święta. Rytuał znany, ale śpiewy o wiele radośniejsze i bardziej rytmiczne. Potem będzie procesja przez miasto. Jezdnie dekorowane są pięknymi obrazami (patrz zdjęcia). Przed naszym hotelem jest ołtarz z obrazem Matki Boskiej.
Jedziemy do portu tuc-tucami. Jazda za dwa sole. Wybieramy się na jezioro Titicaca (Skała Pumy) zobaczyć pływające wyspy. Te niezwykle konstrukcje i stojące na nich domy zbudowane są z trzciny.
Niezwykła jest również historia ludu zamieszkującego te wyspy w przeszłości, jak i model życia, który dla siebie wymyślili. Potomkowie ludu Uro kultywują zwyczaje przodków, noszą tradycyjne stroje, mówią w języku aymara. Wynajętą przez nas łódź obsługuje małżeństwo pochodzące z wyspy Tequile. Opowiadają, że u nich kobieta tka dla męża należący do tradycyjnego stroju pas, a on dla niej spódnicę. Mężczyźni robią tam na drutach, kobiety tkają na krosnach.
Niestety, wszystko jest do ostateczności skomercjalizowane, nastawione na turystów, wszelkie objaśnienia kończą się zaproszeniem do zakupów. Tak jest wszędzie w Peru. Tylko Macchu Picchu wydaje się wolne od kramów. Jezioro Titicaca jest piękne, ale krajobraz popsuty przez drogi hotel na jednej ze stałych wysp. Także autentyczność życia na pływających wyspach wydaje się mocno skażona. Wróciliśmy wcześniej niż było zaplanowane.
Obiadek w godnej polecenia restauracji La Choza de Oskar (Szałas Oskara) przy ulicy Libertad. Kurczaki na ruszcie - opalanym węglem drzewnym - obracają się na oczach zgłodniałej publiczności. Obsługa bez pudla. Kelner pamiętał nawet, kto co zamówił, a jest nas dziewięcioro. Do tej pory jeszcze na takiego nie trafiliśmy.
Wieczorem świętowaliśmy urodziny Joli, rocznicę ślubu Julii i Bogdana, imieniny Maćka. Potem trochę włóczyliśmy się po mieście. Na ulicach tłoczno i gwarno. W różnych miejscach orkiestry grają melodię charakterystyczną dla pochodów Candelarii. Starzy, młodzi i dzieci tańczą na ulicach, na chodnikach porozkładane stoły, przygotowuje się posiłki, ludzie jedzą. Rytm ogarnął miasto. Noc ciepła.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Début de la Candelaria avec Diabolade à Puno (2 au 15 février).
On ressent clairement le changement d'altitude. Nous fonctionnons au ralenti, il est difficile de respirer. On a très mal dormi.Nous avons quitté la selva pour une autre jungle : le bruit est pénible, ça klaxonne de partout, les piétons bloquent les voitures, des bouchons dans toutes les ruelles de Puno. Nous avons l'impression de respirer les gaz d'échappement.
Dans la vraie jungle, le silence n'existe pas : les cris d'oiseaux, les cigales et le bruit de différents insectes remplissent constamment l'espace sonore, mais les voix de la nature n'ont jamais eu sur nous cet effet assourdissant et lassant. Trois jours dans la selva nous ont suffi pour oublier la ville.
Il fait très chaud. Le soleil tape sans pitié. Hier, nous avions déjà sorti nos vêtements chauds, mais là, il faut à nouveau fouiller dans les valises car l'été est de retour. Et à cette altitude, l'été pèse lourd.
Nous allons au stade municipal pour voir s'il est possible d'acheter des places pour le concours de danses folkloriques qui a lieu demain. Au stade, on nous dit d'aller voir les organisateurs de la fête, dans un bureau près de la Place des Armes. Là, on apprend que les billets seront vendus seulement demain, devant le stade, à partir de 4 heures du matin...
Un autre organisateur nous dit que la vente des billets commence à 6 heures... Il semble très compliqué d'obtenir une information fiable. Nous allons donc attendre demain. Certains d'entre nous semblent assez motivés pour se lever tôt, d'autres montrent un peu moins d'enthousiasme. On verra demain.
Sur la Place des Armes, une messe est célébrée en ce moment même. Une foule devant la cathédrale, tout le monde chante. La procession se prépare. La statue de la vierge va voyager dans les rue de la ville en s'arrêtant devant plusieurs autels qui ont été dressés à cette occasion. Toutes les rues sont joliment décorées.
Gérard souhaite rester en ville pour se mêler à la foule multicolore. Les autres n'ont pas encore vu le lac Titicaca, donc nous laissons Gérard documenter la procession et nous prenons des "tuc-tuc" (2 soles chacun) pour aller au port.
Titicaca veut dire "le rocher du puma"... Décidément, cet animal est partout...
Nous louons un bateau qui nous emmène visiter les îles flottantes Uros, toutes construites en roseau, comme les maisonnettes qui s'y trouvent.
Incroyable histoire d'un peuple ancien, qui a choisi l'indépendance et de vivre en autarcie. L'histoire nous fait penser au parc naturel de Brière et à son histoire.
Mais, les derniers vrais Uros ont quitté les îles à la fin du 20ème siècle. Aujourd'hui, les îles et les habitations sont exploitées dans un but purement touristique et ont été transformées en "marchés flottants" où l'on peut acheter toute sorte de souvenirs. Dommage.
Nous avons écourté notre séjour sur les îles Uros. Nous regrettons de ne pas avoir loué un bateau pour aller plus loin sur les eaux du lac.
Le déjeuner dans La Choza del Oscar, où... nous avons trouvé Gérard, déjà en train de savourer l'un des fameux poulets à la broche. Très bonne adresse pour les amateurs de volailles. Le serveur nous a surpris : depuis le début de notre séjour au Pérou, il était le premier à se souvenir qui avait commandé quoi. Nous avons opté, bien entendu, pour différentes sortes de volailles (spécialité de la maison), à l'exception de Maciek, fidèle à son alpaga, et Paul, qui a voulu goûter à une autre spécialité péruvienne : "cuy"...
Le soir : une balade à travers la ville, qui se prépare à sa plus grande fiesta de l'année. Des orchestres à tous les coins de rue; les jeunes et les moins jeunes, tout le monde danse. La ville prend le rythme de la Candelaria. Nous nous arrêtons dans un bar, où nous fêtons encore une fois toutes nos fêtes (Agnieszka et Maciek), anniversaire (Jola et Maciek) et l'anniversaire de mariage (Julia et Bogdan). "Pisco sour" pour tout le monde !
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
En Puno se inicia la Fiesta de la Candelaria con Diabolada (02 - 15 de febrero). La diferencia de altitud hace el movimiento bastante lento, y a veces falta el aliento, algunos han dormido muy mal.
La selva real se convirtió en una selva urbana terrible. Ruido imposible de soportar, bocinas de automóviles, atascos, calles estrechas, coche tras coche, olor a gasolina. En una verdadera jungla nunca se experimenta el silencio pero los sonidos son diferentes - canto de los pájaros, cigarras, zumbido de los insectos. Pero las voces de la naturaleza no molestan tanto. El ruido de la jungla urbana es impresionante y mucho mas molesto. Es posible que tres días retirados a la naturaleza fuesen suficientes para olvidarnos de ello?
Una vez más el cielo despejado. El sol golpeando sin piedad. Por segunda vez hemos pedido perdón a las camisetas de manga corta, otra vez volvemos al verano. En esta altura se siente mas todavía.
Vamos a ver la posibilidad de comprar boletos para el baile popular de mañana. Resulta que no hay venta de entradas hasta mañana. Supuestamente, hay que hacer cola desde las 4:00 de la mañana. La venta empieza a las 7:00. No se hace con anterioridad para no dar posibilidades de falsificación y reventa.
Nos encontramos en la Plaza de Armas. Como en cualquier gran ciudad, hay catedral, delante de la cual se celebra una misa. El ritual conocido para nosotros pero con cantos mas alegres y mas rítmicos. Luego habrá una procesión por la ciudad. Las calles están decoradas con hermosas pinturas (ver foto). Frente al hotel se encuentra un altar con la imagen de la Virgen María al igual que en otros establecimientos o casas.
Vamos al puerto en tuc-tuc que nos cuesta dos soles. Vamos al lago Titicaca a ver las islas flotantes de los Uros, las cuales están construidas (al igual que las casas) íntegramente de las cañas que crecen en el mismo lago.
Descendientes del pueblo Uro cultivan hábitos de los antepasados, usan ropa tradicional, hablan en la lengua de Aymara.
Alquilamos el barco apoya que es dirigido por el matrimonio de la isla Tequile que tambien tienen sus costumbres curiosas. El marido teje la falda de su esposa y la mujer faja de su marido. Es bastante curioso ver a los hombres haciendo punto.
Por desgracia, en las islas de los Uros todo es demasiado comercializado y hecho para los turistas a los que se invita a comprar los souvenirs. Como en la mayoria de los sitios turisticos en Peru. Sólo Macchu Picchu parece estar libre de puestos. El lago Titicaca es hermoso, pero el paisaje rompe un poco el hotel muy caro en una de las islas permanentes. Además, la autenticidad de los que viven en islas flotantes parece estar muy dudosa. Nos volvimos antes de lo previsto.
El almuerzo en el restaurante La Choza de Oscar en calle Libertad. Pollos a la parrilla de carbón - giran delante de los ojos del publico hambriento. Servicio sin ninguna queja. El camarero incluso recordó lo que pedimos nosotros nueve. Hasta ahora, esto no habia pasado.
Por la noche, celebramos el cumpleaños de Jola, aniversario de la boda de Julia y Bogdan y santo de Maciek. Luego vagamos un poco por la ciudad en las calles concurridas y ruidosas. En varios lugares las orquestas tocan las melodías características. Viejos, jóvenes y niños bailando en las calles, en las aceras las mesas preparadas para la comida, la gente come. El ritmo se apoderó de la ciudad. Noche caliente.
Przygotowania do procesji / Préparatifs avant la procession
Preparaciones para la procesion
Ołtarz przy naszym hotelu / Autel à côté de notre hôtel
El altar de nuestro hotel
Procesja / Procession
Msza św. na Plaza des Armas / Messe devant la cathédrale
Santa misa en la plaza de las armas
Jezioro Titicaca / Lac Titicaca/lago titicaca
Pływające wyspy Uros / Iles flottantes Uros/islas flotantes de los Uros
Pedro targa kurczaka u Oscara / Pedro déchire le poulet chez Oscar
Pedro despedazando el pollo en la Choza de Oscar
Wieczorne toasty (urodziny, imieniny, rocznica ślubu)
On fête les occasions diverses (anniversaire, fête, anniversaire de mariage)
Los eternos brindis (cumpleaños,santo,aniversario)
No comments:
Post a Comment